Kamera ruszyla jak miałem jakieś sześć lat... A potem już się kręciła. Gdyby nie kamera, pewnie nigdy byście mnie nie poznali. Chodziłbym codziennie do szkoły, pisał regularnie sprawdziany, potem angielski, lekcja pianina, trening na boisku u księdza ( najlepsze boisko w okolicy;), kumple, podwórko, kompik i marzenia... O czym? Pewnie o wakacjach, fajnej dziewczynie i ... sławie. Jak każdy. Dziś sporadycznie bywam w szkole i ... znacie mnie. Postaci które gram, są do mnie trochę podobne, ale nie identyczne. Dlatego jeśli chcecie wiedzieć co u mnie, czym sie różnię od Tomka Boskiego, Michała z Ojca Mateusza i wielu innych ról, które zagrałem - wpadajcie. Postaram się pisać o moim prawdziwym życiu. I postaram się żeby było ciekawie.

I komentujcie, to będzie znak, że chcecie czytać;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maciej Musiał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maciej Musiał. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 października 2011

Casting?? Szacun dla odważnych!

9.30. Budynek TVP. Blok F.

- Siema, chciałem was wszystkich serdecznie przywitać na castingu do serialu "Ja to mam szczęście" !
Dokładnie rok temu, no może półtora, tak jak wy czekałem w kolejce na casting do Rodzinki. Tak jak wy bardzo się stresowałem, ale postanowiłem, że potraktuję to jak dobrą zabawę. Tak zrobiłem, i dzięki temu udało mi się wygrać. Dlatego to samo polecam wam. Potraktujcie to jak przygodę. Bawcie się! Wtedy na pewno dacie z siebie wszystko. Zaczynamy!!!!
Tak dzis rano przywitałem 3 tys osób. Wprawdzie słyszało mnie tylko 200, bo reszta stała w giga kolejce na zewnątrz. Casting trwał od 9.30 do 18, był podzielony na dwa etapy: pierwszy w jednym z pięciu pokoi z jurorami, drugi w auli z reżyserem, aktorami i producentami.
Ogólnie, przewinęło się około 2 tys dziewczyn, a kolejka za wejściem ciągnęła się aż pod stację metra Wierzbno ( 1 kilometr!!!). Podobno Polsat przyjechał zrobić niusa, bo myśleli, ze się metro zepsuło :)
Ludzie przyjechali z całej Polski. Sam słyszałem jak jakaś babcia krzyczała na zamazaną siedmiolatkę: - Przyjechaliśmy z Gdańska a ty co??? Ja ci dam!  Przestań beczeć i wchodź na casting!!
Ja siedziałem na korytarzu, rozdawałem odblaski, bawiłem laski rozmową, żeby się nie stresowały i życzyłem szczęścia. Niektóre wchodziły do pokoju, gdzie castingował scenarzysta Karol.... i tym współczułem... Karol był okrutny w swych metodach!
Raz przyszła do niego 14-latka:
14 - No więc grałam w szkolnym przedstawieniu "Dziady"
K - No dobrze, to znajdujemy się na cmentarzu. Ty grasz chór i wywołujesz duchy. A, i chór niech będzie pijany!
14 - Jak to?? Nie wiem jak....
K - Do widzenia!
Więc musiałem też pocieszać laski, które wychodziły od niego...
Na finałach było trochę luźniej - z 200 osób. Każdy grał scenę kłótni. Poziom calkim wysoki. Mi, najbardziej podobały się dwie 4-latki - bliźniaczki, które jeszcze nie umiały czytać i nie mogły nauczyć sie tekstu. Więc wymyśliliśmy, że Adam czyta tekst, a one powtarzają. Bylo słodko:)
Podsumowując. Nie wiedziałem, że w Polsce jest tyle dziewczyn!
Jurorzy bezlitośni, ale zabawa niezła.
Ps. Nie wiem, czy bym przeszedł pierwszy etap:)
Gratuluje odwagi i dzięki za fajna sobotę...

piątek, 14 października 2011

Welcome to London II - shopping, więc wpis raczej dla dziewczyn;)

13.00 czasu londyńskiego. Uff, wylądowaliśmy. Były niezłe turbulencje i nie udalo się kimnąć, więc zmęczeni rozsiadamy się w autobusie. I nagle : "It's forbidden"- mówi do nas grzecznie starszy pan ( tu popularność Tomka jakoś nie działa) widząc, że jemy orzeszki. Nie można jeść orzeszków w autobusie! I to jeszcze takich pysznych, w czekoladzie... Albo przestaniemy jeść, albo wysiadać! Europa?? Wolność?? Demokracja?? Są za dobre,więc...wysiadamy i czekamy na następny autobus. Potem pociąg na King's Cross i taksówka do hotelu Ibis.
Po drodze wszyscy zgodnie stwierdzamy, że miasto jest cudne i chcemy tu zamieszkać. W hotelu na recepcji...oczywiście Polak. Jak milo. Świat jest mały;)
Zostawiamy bagaż i na miasto. Każda ulica wygląda jak Krakowskie Przedmieście, ludzie git poubierani, większość facetów ma musztardowe spodnie ( jak ja, więc spoko, czuję się Europejczykiem, a co;)
Oni chcą kawę, więc idziemy na kawę. Tylko że wszędzie Starbucksy a przecież Starbucksy to mamy u siebie, więc znajdujemy jakąs małą kawiarenkę ale za to stylową. Na środku stoi pień drzewa, na nim cukry, przyprawy, kawa i takie tam... i każdy sam sobie parzy kawę. Tomek i Wiolka tak sie podjarali, że zaczęli cykać foty, żeby zrobić taką samą knajpę w Warszawie, a ja spoko czekałem. Długoooo.
Nareszcie dalej, na Oxford Street, ulicę pełną sklepów i domów towarowych. Wiola jest zachwycona, więc stwierdzamy, że najlepiej się od niej odłączyć;) A my z Tomkiem małe sushi ( kelner Polak). Mmmm pycha!!!
Ok. teraz możemy łazić. Wchodzimy do Selfridges'a - jednego z największych domów towarowych w Londynie. Jest tak wielki, że gubię się... i całe szczęście, bo przypadkowo trafiam do sklepu Topmen. Nie żebym był wielkim fanem zakupów, ale ten sklep to jest to. Wszystko, co na siebie wkładam - pasuje! Yeah! Kupuję oczywiście drugie spodnie musztardowe a przy kasie Tomek - w nowej kurtce ;))  Przed nami jeszcze jedno, odszukać Wiolę i wyciągnąć ją ze sklepów. Mission impossible.

Next tomorrow...

Teksty i zdjęcia są chronione prawem autorskim. Nie można kopiować ani wklejać na inne strony.

środa, 12 października 2011

Welcome to London.

Wszystko zaczęło się od zaproszenia Tomka.
Chciał zrobić musical, więc pomyślał: w Londynie pewnie znajdę coś fajnego. I któregoś dnia powiedział: " stary, jedziesz ze mną?" Cóż mogłem odpowiedzieć??

Piątek 9.30 rano.
Na lotnisko wyjechałem godzinę wcześniej, bo korki itd. Głupio jest spóźnić się na samolot do Londyu. No i na miejscu też byłem godzinę za wcześnie. Więc usiadłem w terminalu, wyjąłem Ipoda, zamknąłem oczy i zanurzyłem się w muzie.Nagle czuję, że ktoś mnie szarpie za rękaw...
- Siemanko brachu! To ty jesteś ten z Rodzinki?! Hehe, dawaj fotę sobie zrobimy- słyszę i widzę dwóch ziomków.
-No pewnie! - odpowiedziałem i strzeliliśmy sobie sesję. 

Za chwilę pojawił się Tomek z Wiolą Kołakowską, więc poszliśmy nadać bagaż i jako osoby "znane i lubiane" zostaliśmy potraktowani kartą pierwszeństwa wejścia na pokład. Ale przy kontroli podręcznego utknęliśmy w giga klejce. Jakiś koleś miał nóż, zrobiła się afera i w bezcłowej nie bylo już nawet czasu na siku.
No to sru. Wbijamy do samolotu, a tam facet prosi o kartę pokładową. Fuck. Nie mam. Nie wiem co z nią zrobiłem. Szukam wszędzie, ale nie mogę znaleźć. Na szczęście za mną jest Tomek i ... tu dostrzegam różnicę między moją "sławą" a jego, bo nagle facet przestaje czepiać się karty i z błogim uśmiechem wpuszcza nas do środka.
Siadamy na miejscach, zapinamy pasy i startujemy szczęśliwi i pełni nadziei na udany weekend.
A w moich słuchawkach  "My funeral"

Dalszy ciąg nastąpi...

Teksty i zdjęcia są chronione prawem autorskim. Nie można kopiować ani wklejać na inne strony.